czwartek, 13 stycznia 2011

podsumowanie 2010 roku

... minął dla mnie kolejny szalony rok, w którym  za szczupłą, wysportowaną sylwetką goniłam, ale jej nie dogoniłam, ponieważ z ładnych 60 kg z okresu letniego do 71 kilosów 31. grudnia dobiłam.... cóz, taki był cały rok: najpierw było w styczniu opamiętanie i diety trzymanie+ słoniny spalanie, żeby potem nastąpiło nastawienie totalnie na NIE i zaczynała sie jazda z moją pazerną gębą, do której wrzucałam tony syfów podczas kompuslowych napadów, które rozciagały sie nieraz tygoniami... oczywiście nie było wówczas mowy o jakiejkolwiek formie ruchu wyjawszy ten szczękowy. czyste szaleństwo!!! i moje w 2010 przekleństwo!!! ile ja juz dat sie nawyznaczałam, ile wcieleń na vitalii zaliczyłam wierząc, że kolejnym razem musi mi sie udać... ale nic z tego... motywacja opuszczała mnie równie szybko jak się pojawiła a ogień walki gasł pod naporem natarczywych mysli o jedzeniu...

teraz jest inaczej... dlaczego??? bo nastąpiło nareszcie przesycenie... 2009 rok też był rokiem szalonym, w którym tyłam i chudłam na zmianę w zwariowanym tempie, jak nigdy w zyciu do tej pory, więc mam już tego naprawdę serdecznie DOŚĆ!!! taki kołowrotek wagowy potrafi dać w kość psychice i samopoczuciu, kiedy to ból żalu waży tony, podczas kiedy ból dyscypliny okazałby sie przy tym piórkiem...

... a teraz ciekawostka: otóż zmieniając baterie w puslometrze pod koniec 2010 roku, które wyczerpały się dziwnym trafem 31 grudnia, znalazłam wczesniej niezauważoną funkcję, która ukazywała jakie wyniki osiągnęłam od początku moich treningów z puslometrem, a więc od daty 13. maja 2010 roku, kiedy to z nowiutkim zegareczkiem firmy Polar kontynuowałam swoje treningi... podsumowanie moich dokonań było dla mnie niezłym szokiem.

otóż łącznie od 13 V 2010 do 31 XII 2010 spaliłam 74 701 kcal podczas 239 sesji treningowych, które zajęły mi 220 godzin i 22 min... czyli statystycznie: 27,5 godz. ruchawki na miesiąc czyli godzina dziennie wyjąwszy wolne niedziele... toż to dla mnie prawdziwie wielkie dokonanie, tymbardziej, że przeciez dobrze wiem o tym, że były okresy, kiedy jedyną formą ruchu jaki uprawiałam było plaszczenie dooopy w fotelu i dodatkowo kłapanie szczeką podczas moich niekończących się uczt, które trwały całe tygodnie... ale potem znowu następowało opamiętanie i zaczynała się jazda ze sportem i spalanie okropnej słoniny, którą zdąrzyłam na nowo obrosnąć !!!

maaaaaaaaaaaaatko, tyle potu wylałam, tyle czasu straciłam, żeby NIC nie osiagnąć w zmianie swojej sylwetki!!! porażka!!! jedynie cieszy mnie fakt, że nie muszę sie wstydzić swojej kondycji i dlatego teraz wyciągam wnioski z tej mojej lekcji pokory i nie dopuszcze do tego, zeby sytuacja z kompulsami i hiper aktywnoscia na zmiane rujnowała mi zycie, sampoczucie a przede wszystkim zdrowie!!! dlatego teraz na 100% wiem, że w tym roku osiagnę maximum formy i wymarzoną, odtłuszczoną i ładnie umięsnioną sylwetkę!!! tak będzie, tak już jest, bo pomimo wczorajszej wtopy z paką czekoladek przed północą tym razem się łatwo nie poddam!!!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz