niedziela, 3 kwietnia 2011

rekonwalescencja

to był ciężki tydzień... od środy zero treningów a mimo to chodziłam wykończona jak po udziale w potrójnym IRONMANIE pod rząd {ten wyczyn zaliczył brat Condessy, mojej koleżanki z pracy, który jest wegetarianinem i pasjonatem sportu}... nie wiem co jest przyczyną takiej niemocy, w pracy wycisk na maxa, ale wcześniej nie było to dla mnie aż takim obciążeniem jak teraz... szczęśliwie dobrnęłam jednak ledwo co do weekendu.

wczoraj była wyjatkowo piękna pogoda. 22 stopnie to już prawie jak lato. szkoda, że spałam 10 godz. po nocce i dopiero o 12.00 zwlokłam nareszcie zwłoki z łóżka, żeby cieszyć się z eksplozji słońca. jako wybitnie ciepłolubny zwierz, któremu zawsze i wszędzie wiało do tej pory chłodem {aż do przesady}, wczoraj poczułam nareszcie wszechogarniającą moc słońca śmigając godzinkę na rowerze zupełnie rekreacyjnie, ponieważ świadomie nie opasałam się sznurem z pulsometra, który zostawiłam z małym poczuciem nieusatysfakcjonowania w domu.

shock&roll jaki wysyp rowerzystów nastąpił w ten przepiękny słoneczny dzień, wymijałam po drodze dziesiątki wygolonych łydek kolarzy na swoich profesjonalnych bardziej lub mniej śmigaczach i wlokące się jak żółw stada staruszków, z którymi miałam jedną wspólną cechę: otóż opuchana byłam po samą szyję w podkoszulek, bluzę i na to jeszcze jedna warstwa izolacyjna lekkiej kurtki... jeśli kiedyś uda mi się wyeliminować to maxymalne odczucie zimna w swoim organizmie to będę wniebowzięta. czytałam, że winę ponosi za to słabe funkcjonowanie trzustki, która obciążana była niedobrym pożywieniem.


poza tym cały dzień dokarmiałam swoje wymęczone ciało od nadmiaru piątkowego jadła {i to w większej mierze niedobrego jadła} sącząc powoli świeże soki z selera, jabłka i z samej marchewki {3 razy po 3 szklanki 600 ml}, herbatę z rozpuszczonym w niej pyłkiem kwiatowym i propolisem i wchłonęłam spirulinę.





wszytkie te wyżej wymienione "dziwactwa" zaliczane są wg dr Gillian Mc Keith do grupy "superproduktów", które niesamowicie odżywiają ciało, wspomagając procesy odnowy i uzdrawiania. u mojego innego dietetycznego guru Pitchforda wyczytałam, że sportowcy mogą zjadać dziennie nawet 2 łyżeczki pyłku kwiatowego, żeby dostarczyć wymaganej ilości witamin i mikroelementów w związku z nadmiernym obciążeniem organizmu przez sport.

wieczorem pomimo braku głodu  połakomiłam się i zjadłam na kolację półmetrową bagietkę razową { ;DDD} z czosnkiem i całym warzywniakiem, w którym nie zabrakło: ogórków kiszonych, cebuli, natki pietruszki, rukoli, pomidora, czerwonej papryki i oliwek. rekonwalescencja przebiega zatem znakomicie ;))) i dzięki temu dziś w niedzielny poranek czuję się mega wyśmienicie.

1 komentarz:

  1. Berry Straw - przeczytałam Cię od deski do deski. :) Cieszę się, że jesteś! Bardzo. Bardzo.

    Zaciekawiłaś mnie NLP - w wolnej chwili zgłębię temat.

    I powiedz, ten sok z selera naciowego robisz tylko z niego, czy dodajesz coś jeszcze (jakie proporcje)? Też puchnę, więc z chęcią spróbuję.

    Hm. Jak to jest, że im więcej chce się napisać, tym mniej słów pasuje... Zregeneruj się, a później ruszaj do walki! Może to oklepane, ale nic to, że upadasz, najważniejsze, że wstajesz! Że walczysz. Ja trzymam kciuki! I wierzę w to, że dasz radę! Masz w sobie olbrzymi potencjał - wykorzystaj go! Pracuj dzielnie nad jędrnymi udami i ciesz się, że brzuch nie zwisa Ci do kolan, tak jak mi... ;) Mam nadzieję, że Tony da sobie z nim radę - oby!

    Do dzieła! Pozdrawiam: Dubi...IsBack :*

    OdpowiedzUsuń