zjadłam śniadanie: lekko podgotowane pełnoziarniste płatki żytnie z rodzynkami i łyżeczką syropu z agawy, wcześniej, zaraz po przebudzeniu wypiłam wodę z miodem i łyżeczką pyłku kwiatowego, przed snem łyknęłam 4 tabletki spiruliny. a teraz siedzę i czekam aż śniadanie się strawi i będę mogła wyruszyć w trasę. pogoda za oknem wyśmienita, piękny słoneczny dzień aż prosi się do tego, żeby brać z niego garściami tyle energii ile można wyciągnąć... ale ja nie czuję w sobie pokładów mocy, wręcz przeciwnie, jestem lekko przymulona, choć w ogóle nie zmęczona i nie mam żadnych dolegliwości w związku z moimi wczorajszymi 17.km po tak długiej przerwie w bieganiu... jednak to nie jest TO!!! czuję, że mogłabym mieć lepsze samopoczucie, że kiedyś byłam wulkanem energetycznym, a ostatnio nic tylko się ciągle wypalam...
jak dziwnie układają się czasem zdarzenia w życiu... nieraz jak pojawia się problem, to tuż za rogiem czekają jego rozwiązania, wystarczy poszukać albo otworzyć się i poczekać aż one same na człowieka spłyną... właśnie teraz doznałam takiego olśnienia... nie nastawiając się na żaden konkretny rodzaj informacji zaczęłam przeglądać sobie blog o weganizmie i natknęłam się na ten artykuł o surowej diecie... rozśmieszył mnie tekst o tych półmetrowych stolcach ;DDD i przypomniał mi się od razu mój epizod z surowizną, który przeprowadziłam kiedyś kilka lat temu przez pół roku. piłam świeżo wyciśnięte soki z warzyw i jadłam same owoce i surówki, toooooony surówek, wielkie michy przeżuwając warzywa w nieskończoność, co zawsze doprowadzało moją mamę do łez ze śmiechu, ponieważ widząc te sesje "glamania" nie mogła się powstrzymać, żeby nie skojarzyć mnie z krową żującą godzinami trawę ;))))
... do tego jeździłam mnóstwo na rowerze, pracowałam również na 3 zmiany i ćwiczyłam codziennie przez 45 minut jakieś dywanowe wygibasy. epizod trwał pół roku a zaczął się oczyszczeniem organizmu przez głodówkę, trochę za długą, bo niemalże doprowadziła mnie do omdlenia, ale zostałam ocucona przez kochaną rodzicielkę świeżymi sokami, które postawiły mnie na nogi ;))) z tego okresu moim wspomnieniem jest na pewno zmiana w wyglądzie skóry i to bez żadnych zabiegów kosmetycznych, znikły wszelkie zaskórniki, cera nabrała świetlistości i była po prostu jedwabiście gładka a ja ganiałam od lustra do lustra wrzeszcząc do siostry, że to prawdziwy cud ;)))
moje ciało zaczynało róznież się zmieniać. pamiętam niesamowitą lekką kratę na brzuchu {osobiście nie lubię zbyt wyrazistych mięśni brzucha u kobiet} i ładne, delikatne mięśnie nóg... moje samopoczucie z tamtego okresu to nieziemskie pokłady energii i euforyczne nastawienie do świata... i nie zastanawiałam się, że dostarzcam zbyt mało białka wg standardów ogólnodostęonej aczkolwiek mocno przekłamanej wiedzy... ja żyłam na pełnych obrotach, działałam, czułam się bosko, więc nie obchodziły mnie te zakłamane teorie podtrzymujące przy życiu przemysł mięsny czy mleczarski.
niestety głupota wkradła się mimochodem i epizod rajskiego rawfood przerwałam skuszona wizją puszystych bułeczek z budyniem, domowych kotlecików i innych zamulaczy.... pffffffffyyyy, jak człowiek potrafi być zakłamany i ślepy i trwać na dodatek w takim stanie jeszcze przez kolejne lata... i choć nieraz wracałam wspomnieniami do tych anielskich chwil mojego surowego weganizmu i z sentymentem wzdychałam nad tym jak bosko się wtedy czułam to nigdy nie mogłam zainicjować na nowo zmian i powrotu do tego stylu życia...
dlaczego??? po co tak dłużej się oszukiwać??? dziś wpadłam na kolejny artykuł na temat surowej diety i niesamowity film o człowieku, który przez 17 lat plaszczył dooopsko przed komputerem nie robiąc ze swoim ciałem NIC a teraz jest jednym z najsłynniejszych biegaczy amatorów bijącym rekordy... i to wszystko dzięki surowej diecie...
aż wierzyć się nie chce, ale ja wiem, że to w moim przypadku też działało i dlatego robię eksperyment tygoniowy i od jutra zamieniam się w krasulę przeżuwającą surowiznę ;)))
jak dziwnie układają się czasem zdarzenia w życiu... nieraz jak pojawia się problem, to tuż za rogiem czekają jego rozwiązania, wystarczy poszukać albo otworzyć się i poczekać aż one same na człowieka spłyną... właśnie teraz doznałam takiego olśnienia... nie nastawiając się na żaden konkretny rodzaj informacji zaczęłam przeglądać sobie blog o weganizmie i natknęłam się na ten artykuł o surowej diecie... rozśmieszył mnie tekst o tych półmetrowych stolcach ;DDD i przypomniał mi się od razu mój epizod z surowizną, który przeprowadziłam kiedyś kilka lat temu przez pół roku. piłam świeżo wyciśnięte soki z warzyw i jadłam same owoce i surówki, toooooony surówek, wielkie michy przeżuwając warzywa w nieskończoność, co zawsze doprowadzało moją mamę do łez ze śmiechu, ponieważ widząc te sesje "glamania" nie mogła się powstrzymać, żeby nie skojarzyć mnie z krową żującą godzinami trawę ;))))
... do tego jeździłam mnóstwo na rowerze, pracowałam również na 3 zmiany i ćwiczyłam codziennie przez 45 minut jakieś dywanowe wygibasy. epizod trwał pół roku a zaczął się oczyszczeniem organizmu przez głodówkę, trochę za długą, bo niemalże doprowadziła mnie do omdlenia, ale zostałam ocucona przez kochaną rodzicielkę świeżymi sokami, które postawiły mnie na nogi ;))) z tego okresu moim wspomnieniem jest na pewno zmiana w wyglądzie skóry i to bez żadnych zabiegów kosmetycznych, znikły wszelkie zaskórniki, cera nabrała świetlistości i była po prostu jedwabiście gładka a ja ganiałam od lustra do lustra wrzeszcząc do siostry, że to prawdziwy cud ;)))
moje ciało zaczynało róznież się zmieniać. pamiętam niesamowitą lekką kratę na brzuchu {osobiście nie lubię zbyt wyrazistych mięśni brzucha u kobiet} i ładne, delikatne mięśnie nóg... moje samopoczucie z tamtego okresu to nieziemskie pokłady energii i euforyczne nastawienie do świata... i nie zastanawiałam się, że dostarzcam zbyt mało białka wg standardów ogólnodostęonej aczkolwiek mocno przekłamanej wiedzy... ja żyłam na pełnych obrotach, działałam, czułam się bosko, więc nie obchodziły mnie te zakłamane teorie podtrzymujące przy życiu przemysł mięsny czy mleczarski.
niestety głupota wkradła się mimochodem i epizod rajskiego rawfood przerwałam skuszona wizją puszystych bułeczek z budyniem, domowych kotlecików i innych zamulaczy.... pffffffffyyyy, jak człowiek potrafi być zakłamany i ślepy i trwać na dodatek w takim stanie jeszcze przez kolejne lata... i choć nieraz wracałam wspomnieniami do tych anielskich chwil mojego surowego weganizmu i z sentymentem wzdychałam nad tym jak bosko się wtedy czułam to nigdy nie mogłam zainicjować na nowo zmian i powrotu do tego stylu życia...
dlaczego??? po co tak dłużej się oszukiwać??? dziś wpadłam na kolejny artykuł na temat surowej diety i niesamowity film o człowieku, który przez 17 lat plaszczył dooopsko przed komputerem nie robiąc ze swoim ciałem NIC a teraz jest jednym z najsłynniejszych biegaczy amatorów bijącym rekordy... i to wszystko dzięki surowej diecie...
aż wierzyć się nie chce, ale ja wiem, że to w moim przypadku też działało i dlatego robię eksperyment tygoniowy i od jutra zamieniam się w krasulę przeżuwającą surowiznę ;)))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz