coś mnie dzisiaj opętała mania kupowania... wpadłam do Casy, żeby pooglądać rzeczy do kuchni i oczywiście wyszłam obładowana, ale jakbym miała się nie ograniczać to byłoby tego duuuużo duuuuuuuuużo więcej... nie mogę się doczekać kiedy w końcu będziemy mieszkać w naszym domku z Bejbe i będę miała wszystko to, czego zakup odkaładam na później, bo szczerze powiedziawszy tutaj nie mamy warunków żeby to wszystko składować...
a potem wparowałam do Hemy, tylko po termos, bo ten z Blokkera mi się zepsuł... no i po małym poszwędaniu się wyszłam z 3. jednakowymi długimi czarnymi koszulkami {jedną taką samą już mam i spisuje się OK} i ślicznym jaskrawozielonym sweterkiem, któremu nie mogłam pozwolić na marnowanie się na sklepowym wieszaku, bo na mnie zdecydowanie ładniej wyglądał ;)))
w Lidlu zaszalałam i obładowałam się w jajka, łososia wędzonego, paluszki surimi i startą mozzarellę, chwyciłam też białego Ritter-Sporta z wielkimi orzechami, bo wymyśliłam sobie, że w marcu i kwietniu będę weganką całkowitą i zobaczę czy to w jakiś sposób wpłynie na wygląd moje skóry, cery i w ogóle czy sylwetka nabierze jakiś ładniejszych kształtów... kusiło mnie żeby jeszcze dorzucić pare puddingów z bitą śmietaną, ale odzrzuciłam szybko ten pomysł zniesmaczona własną pazernością ...
chyba naprawdę mam już dość przeżerania się syfami, bo nie daję rady nawet kompuslować na maxa... zeżarłam dziś bagietkę z tym łososiem, 3 jajkami, majonezem, trochę paluszków surimi, wchłonęłam Ritter-Sporta i jestem przeżarta na amen... a nagotowałam sobie jeszcze ziemniaków w mundurach, bo miałam je smażyć z pieczarkami, jajkiem i mozarellą... ale nic z tego!!! na dziś dosyć z żarłem... piję już drugi kubas herbaty ziołowej, mieszanki rumianku, kopru włoskiego i mięty... czuję, że to mi trochę pomoże w trawieniu tej mega obiadowej porcjii...
mimo tego, że jestm obżarta po pachy to cieszę się ogromnie z tego, że już przestało mnie to bawić... i nie sprawia mi to już takiej frajdy jak kiedyś, wręcz przeciwnie, bilans strat przewyższa bilans zysków, więc z miłą chęcią wkraczam od jutra na drogę weganizmu wyrzekając się tej mozarelli, którą zmajstruję kiedyś dla Bejba jak do mnie w niedzielę wróci ;)))
na razie nie mam wogóle weny żeby robić trening P90X, chyba dziś zrezygnuję, bo czuję jak jedzenie zalega mi w przełyku i wykonam go jutro pomimo zimna w pokoju, w którym znowu zepsuły się kaloryfery a ja nie mam ochoty już wydzwaniać do właściciela, bo myślę, że wiosna już skrada się tuż za rogiem...
poniżej moje dzisiejsze łowy, czyli gąbka do szorowania pod prysznicem i "ogórek" do masażu na sucho, bo moja szczota ze sklepu budowlanego już się prawie zużyła wiernie szorując moje cielsko... na zdjęciu jest też mój ulubiony peeling cukrowy czekoladowo-kokosowy i hit sezonu: naturalny olej kokosowy z pierwszego tłoczenia, który używam od 3 tygodni codziennie zamiast balsamu do ciała... efekt zdumiewający ;))) a po wysmarowaniu czuję się jak wielkie, pachnące kokosem bounty bez polewy czekoladowej ;))) najfajniejsze jest jednak to, że skóra w najdrażliwszych miejscach wygładziła mi się ładnie i nie czuję już tych wstrętnych, drażniących chrostek od cellulitu ://// naaaaaaaaaaaaaaaaaaajs :]]]
olej kokosowy jest jak twarde masło, ale po roztarciu w dłoniach topi się natychmiastowo przemieniając się w kleisty olej, który roztacza woń rajskiego kokosu ;)))))) najfajniejsze jest jednak to że podczas masowania się tym olejem mam kontakt z własnym ciałem i sprawia mi ogromną frajdę swój osobisty dotyk, wcieranie, głaszczenie, poklepywanie, packanie mojej powłoki... nie baczę na to, czego nie lubię a co mi się podoba, jestem zachwycona samym aktem masażu, nie wiem jak to działa, może otumania mnie zapach kokosa ??? :))) mmmmmmmmmm... kiedy już się nim tak nasmaruję od stóp do głów { ;D} to hasam sobie po domu z godzinkę na golasa dopóki się nie wchłonie a resztę wycieram ręcznikiem albo i nie i ubieram dresy domowe i voila, gotowam do snu, zrelaksowana, kokosowa panienka ;)))
ps. hmmmmmmmmm... jestem w szoku... po tych kanapkach bagietkowych z łososiem wypiłam w przeciągu kilku godzin {4,5??} 5 półlitrowych kubasów herbaty ziołowej :OOO
a potem wparowałam do Hemy, tylko po termos, bo ten z Blokkera mi się zepsuł... no i po małym poszwędaniu się wyszłam z 3. jednakowymi długimi czarnymi koszulkami {jedną taką samą już mam i spisuje się OK} i ślicznym jaskrawozielonym sweterkiem, któremu nie mogłam pozwolić na marnowanie się na sklepowym wieszaku, bo na mnie zdecydowanie ładniej wyglądał ;)))
w Lidlu zaszalałam i obładowałam się w jajka, łososia wędzonego, paluszki surimi i startą mozzarellę, chwyciłam też białego Ritter-Sporta z wielkimi orzechami, bo wymyśliłam sobie, że w marcu i kwietniu będę weganką całkowitą i zobaczę czy to w jakiś sposób wpłynie na wygląd moje skóry, cery i w ogóle czy sylwetka nabierze jakiś ładniejszych kształtów... kusiło mnie żeby jeszcze dorzucić pare puddingów z bitą śmietaną, ale odzrzuciłam szybko ten pomysł zniesmaczona własną pazernością ...
chyba naprawdę mam już dość przeżerania się syfami, bo nie daję rady nawet kompuslować na maxa... zeżarłam dziś bagietkę z tym łososiem, 3 jajkami, majonezem, trochę paluszków surimi, wchłonęłam Ritter-Sporta i jestem przeżarta na amen... a nagotowałam sobie jeszcze ziemniaków w mundurach, bo miałam je smażyć z pieczarkami, jajkiem i mozarellą... ale nic z tego!!! na dziś dosyć z żarłem... piję już drugi kubas herbaty ziołowej, mieszanki rumianku, kopru włoskiego i mięty... czuję, że to mi trochę pomoże w trawieniu tej mega obiadowej porcjii...
mimo tego, że jestm obżarta po pachy to cieszę się ogromnie z tego, że już przestało mnie to bawić... i nie sprawia mi to już takiej frajdy jak kiedyś, wręcz przeciwnie, bilans strat przewyższa bilans zysków, więc z miłą chęcią wkraczam od jutra na drogę weganizmu wyrzekając się tej mozarelli, którą zmajstruję kiedyś dla Bejba jak do mnie w niedzielę wróci ;)))
na razie nie mam wogóle weny żeby robić trening P90X, chyba dziś zrezygnuję, bo czuję jak jedzenie zalega mi w przełyku i wykonam go jutro pomimo zimna w pokoju, w którym znowu zepsuły się kaloryfery a ja nie mam ochoty już wydzwaniać do właściciela, bo myślę, że wiosna już skrada się tuż za rogiem...
poniżej moje dzisiejsze łowy, czyli gąbka do szorowania pod prysznicem i "ogórek" do masażu na sucho, bo moja szczota ze sklepu budowlanego już się prawie zużyła wiernie szorując moje cielsko... na zdjęciu jest też mój ulubiony peeling cukrowy czekoladowo-kokosowy i hit sezonu: naturalny olej kokosowy z pierwszego tłoczenia, który używam od 3 tygodni codziennie zamiast balsamu do ciała... efekt zdumiewający ;))) a po wysmarowaniu czuję się jak wielkie, pachnące kokosem bounty bez polewy czekoladowej ;))) najfajniejsze jest jednak to, że skóra w najdrażliwszych miejscach wygładziła mi się ładnie i nie czuję już tych wstrętnych, drażniących chrostek od cellulitu ://// naaaaaaaaaaaaaaaaaaajs :]]]
olej kokosowy jest jak twarde masło, ale po roztarciu w dłoniach topi się natychmiastowo przemieniając się w kleisty olej, który roztacza woń rajskiego kokosu ;)))))) najfajniejsze jest jednak to że podczas masowania się tym olejem mam kontakt z własnym ciałem i sprawia mi ogromną frajdę swój osobisty dotyk, wcieranie, głaszczenie, poklepywanie, packanie mojej powłoki... nie baczę na to, czego nie lubię a co mi się podoba, jestem zachwycona samym aktem masażu, nie wiem jak to działa, może otumania mnie zapach kokosa ??? :))) mmmmmmmmmm... kiedy już się nim tak nasmaruję od stóp do głów { ;D} to hasam sobie po domu z godzinkę na golasa dopóki się nie wchłonie a resztę wycieram ręcznikiem albo i nie i ubieram dresy domowe i voila, gotowam do snu, zrelaksowana, kokosowa panienka ;)))
ps. hmmmmmmmmm... jestem w szoku... po tych kanapkach bagietkowych z łososiem wypiłam w przeciągu kilku godzin {4,5??} 5 półlitrowych kubasów herbaty ziołowej :OOO

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz