czwartek, 10 marca 2011

dziwny przypadek Berry Straw

... zauważyłam, że z miesiąca na miesiąc wzrasta liczba spłodzonych przeze mnie postów, co mogę tłumaczyć przybierającym na sile osamotnieniem... chyba...  może ten przymus ciągłego wywnętrzniania się i moje gwałtowne erupcje nudnawego słowotoku zaspokajają w pewien mizerny sposób potrzebę przynależności, szacunku i uznania... ??? nie dostaję tego z zewnątrz, od pospólstwa { ;D}, z którym przyszło mi dzielić biosferę, więc próbuję wydobyć to z siebie ... przecież założyłam tego bloga, żeby udokumentować swoje zwycięstwo nad słabościami i pławić się w dumie i chwale ;)))

... i święcie wierzyłam w to, że z wybiciem tej magicznej daty 1.01. 2011 pójdzie gładko jak po maśle... ha, ha, ha :]]] dlaczego mój umysł wiecznie karmi się złudzeniami??? być może to taktyka obronna przed ostatecznym złożeniem oręża??? bo gdybym miała pewność, że nigdy mi się nie uda musiałabym się poddać... albo zaakceptować stan obecny i udawać, że nie potrzebuję iść do przodu... mogłabym zrezygnować z tego kołowrotka, w którym się kręcę jak chomik na sterydach, ale jak o tym pomyślę to wiem, że rezygancja z marzeń okupiona byłaby zbyt wielkim rozczarowaniem i bólem, więc nie pozostaje mi nic innego jak walić śmiało do przodu, pomimo startych kolan okraszonych kretowiskiem niezagojonych strupów od tych cholernych upadków, pomimo wszystkich porażek, którymi wytatuowane moje ciało ...

ps. wkurza mnie brak "ć"  na moim laptopie!!! ... muszę zawsze redagować tekst po raz drugi na innym komputerze... właściwie to nie muszę, ale chcę ;) poza tym powinnam już spać, a nie ględzić nie wiadomo w jakim celu...

ps. 2 a dziś w pracy pomimo skrajnych uczuć jakie wywołuje we mnie Condessa {większość niestety negatywnych} postanowiłam zagrać wobec niej rolę litościwej i miłosiernej samarytanki... Qrczę, źle sformułowane!!! nie było momentu "postanowienia" ponieważ byłoby to wtedy czystym wyrachowaniem, żeby napuszyć swoje ego i pławić się w dumie, żem taka dobra istota... a tu wcale nie było chwili wahania i momentu podjęcia decyzji, że będę tym razem panną milusińską.... nie, to był czysty, nagły i szybki impuls podyktowany chwilą i całkiem nieświadomie dotarłam do kwintesencji mojego człowieczeństwa... a jednak rozłożywszy sprawę na czynniki pierwsze wkrada się zadowolenie z samej siebie... nie da się ukryć: no bywam czasem bezinteresownie uczynna ... i tu następuje błooooooogi, kojący uśmiech samozadowolenia... co za przyziemność... myślę, że możemy być szczerze i prawdziwie uczynni, jeśli nie jesteśmy tego świadomi... w przeciwnym wypadku jest to czysta kalkulacja i wkład do puli pt."zasłużę na niebo"...

1 komentarz:

  1. słusznie, że próbujesz wydobyć to z siebie:) choć przyznam fakt, że płodność Twa - w pisaniu owszem, rozpieszcza nas, za co mi teraz przyszło podziękować!

    OdpowiedzUsuń