jutro wraca moje Bejbe... nareszcie, ponieważ z powodu ostatniej niemocy, która obezwładniła mój umysł i zwłoki zapuściłam tak totalnie mieszkanie, że wszystko wala się porozrzucane byle jak bez ładu i składu... a ja tak nie lubię... wygląda to fatalnie a jeszcze gorzej wpływa na moje funkcjonowanie w takim syfie... cuuuuuuudownie jest widzieć dookoła czystość i porządek, jak przesztrzeń iskrzy i mieni się perfekcjonizmem ... wtedy takie otoczenia nastraja bardziej optymistycznie... przynajmniej mnie...
a w związku z przyjazdem Bejba i dostarczeniem mi nowego modelu sokowirówki, bo starą zajechałam przez 2 lata prawie na śmierć postanawiam pić codziennie świeże soki , głównie z marchewki i selera naciowego...
sok marchwiowy w książce pani dr Górnickiej jest wymieniany jako panaceum na prawie wszystkie schorzenia i dolegliwości, ale dla mnie ważne jest, że podziała oczyszczająco na watrobę, którą przecież nieustannie obciążałam przejadaniem się i nadmiarem toksycznego, bo nienaturalnego żarła...
sok z selera naciowego natomiast to doskonały sposób na pozbycie się nadmiaru wody, z którym zawsze mam problem po pracy, bo puchnę łokrutnie... pozatym, że szklanka tego zielonego eliksiru likwiduje obrzęki, to jeszcze dodatkowo wypita na czczo oczyszcza organizm, nawilża skórę, wzmacnia włosy i nadaje aksamitną gładkość cerze. a dzięki przeciwutleniaczom, czyli witaminom C i E, chroni skórę i cały organizm przed wolnymi rodnikami, a tym samym przed nowotworami i szybszym starzeniem się...
no, no, noooo, już widzę siebie za 3 miesiące takiej kuracji sokowej: po prostu Lala Szał & Odlot ;) a przyznać się muszę potajemnie, choć niekoniecznie, bo i tak sama do siebie tu gadam, że zaniedbaną mam cerę strasznie, pełną zaskórników i w ogóle "beeeee" i "fuuuj" zresztą jak i całe ciało... wynika to oczywiście ze sposobu w jaki katowałam swój organizm zanieczyszcając go złogami metabolitów, które powstawały w wyniku rozkładu ton syfów, które pochłaniałam...
dodam tylko, że po wykańczającym "plyo" {klik} puściłam sobie dla podbudowania swojego ego ten oto utworek z myślą, że jest on o mnie i dla mnie i od razu fale i wodospady endorfin zalały moje skatowane ale szczęśliwe body ;)))
sok marchwiowy w książce pani dr Górnickiej jest wymieniany jako panaceum na prawie wszystkie schorzenia i dolegliwości, ale dla mnie ważne jest, że podziała oczyszczająco na watrobę, którą przecież nieustannie obciążałam przejadaniem się i nadmiarem toksycznego, bo nienaturalnego żarła...
sok z selera naciowego natomiast to doskonały sposób na pozbycie się nadmiaru wody, z którym zawsze mam problem po pracy, bo puchnę łokrutnie... pozatym, że szklanka tego zielonego eliksiru likwiduje obrzęki, to jeszcze dodatkowo wypita na czczo oczyszcza organizm, nawilża skórę, wzmacnia włosy i nadaje aksamitną gładkość cerze. a dzięki przeciwutleniaczom, czyli witaminom C i E, chroni skórę i cały organizm przed wolnymi rodnikami, a tym samym przed nowotworami i szybszym starzeniem się...
no, no, noooo, już widzę siebie za 3 miesiące takiej kuracji sokowej: po prostu Lala Szał & Odlot ;) a przyznać się muszę potajemnie, choć niekoniecznie, bo i tak sama do siebie tu gadam, że zaniedbaną mam cerę strasznie, pełną zaskórników i w ogóle "beeeee" i "fuuuj" zresztą jak i całe ciało... wynika to oczywiście ze sposobu w jaki katowałam swój organizm zanieczyszcając go złogami metabolitów, które powstawały w wyniku rozkładu ton syfów, które pochłaniałam...
nie od dziś wiadomo, że przejadanie się sprzyja szybszemu starzeniu się i degeneracji narządów wewnętrznych... dlaczego pomimo takiej wiedzy nie potrafię... no dobra: nie potrafiłam {czas przeszły wybrzmiewa bardziej optymistycznie} tego powstrzymać i się opanować ??? EXTRAVAGANZA totalna ...
Q........... już dwa razy dokańczałam wpis o tym jak to dzisiaj jogginogwałam 9km i jak pociłam się extremalnie przy plyometrics z P90X... wpisy te tryskały dowcipem i były okraszone jak zwykle stertą osobistych wrażeń i dygresji, ale do cholerrry za każdym razem podczas próby opublikowania posta zżerało mi ten fragment teksu, a teraz nie mam ani siły ani ochoty wywnętrzniać się na ten temat po raz trzeci....... Q...........!!!
dodam tylko, że po wykańczającym "plyo" {klik} puściłam sobie dla podbudowania swojego ego ten oto utworek z myślą, że jest on o mnie i dla mnie i od razu fale i wodospady endorfin zalały moje skatowane ale szczęśliwe body ;)))

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz