wtorek, 8 lutego 2011

kilka kroków w tył i sprint do przodu




... tak, tak, znowu nabrałam się na wdzięczną datę swoich urodzin i popełniłam wiele kulinarnych grzechów. dokładnie przez 3 dni szalałam. 2 dni przed urodzinami raczyłam się z czosnkiem o północy kanapkami. następnego dzionka wyżarłam całą czekoladę z dwóch rozpoczetych słoiczków, alem rozgrzeszona, bo to dietetyczna szokolada z 70% zniżką tłuszczową w porównaniu ze zwykłymi czekoladami gorzkimi... ale potem poczułam dziwną pustkę emocjonalną w żołądku, którą zapełniałam pochłaniając nerkowce... za jednym zamachem rozniosłam 500 g tych przepysznych orzeszków czyli jakieś 2500kcal ...  hłe, hłe ://///// no w tym szaleństwie nie ma sensu... za grosz!!!! ... a w dzień urodzin to już była totalna rozpusta... konsumpcyjnej litanii tym razem nie odmówię, zbyt długo by wyliczać.... eeeeeeeech... żałuję jednak ://///// spuchłam strasznie, zalałam się wodą i cofnęłam się znowu ze swoim psyche i somą o krok w tył...

... ale 3 dni konsumpcyjnej rozpusty w związku z datą urodzin to w porównaniu z trzema tygodniami w ubiegłym roku gębowego szaleństwa pourodzinowego  to nie taki znowu tragizm... już następnego dnia się pozbierałam i morderczy trening w ramach pokuty i zadoścuczynienia wykonałam: bieganie, trening siłowy i stepper, łącznie spaliłam: 1599kcal... dziś tylko 1100 upalone dzięki 15 km, które przegalopowałam... jutro daję sobie jednak chwilę wytchnienia i zrobię tylko trening siłowy. nie mogę w tym roku szaleć znowu z moją nieopanowaną gębą, bo będę potem tego strasznie  żałowała. muszę chyba a nawet na pewno wyznaczyć sobie jakiś krótkowterminowy cel, żebym wiedziała czego mam sie trzymać, co mi wolno a czego nie... i żeby nie zaliczać więcej głupich wypadek, które rujnują efekty mojego fitnessu ..... ale pomyślę o tym jutro, dzis jestem umęczona, ale szczęśliwa, że tak szybko się pozbierałam i wróciłam na dobrą drogę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz