środa, 16 lutego 2011

siła decyzji

... brakuje mi siły i determinacji, żeby nieugięcie kroczyć do celu, znowu się potykam i choć tym razem szybciej wracam na wytyczoną ścieżkę to jednak każdy dzień obżarstwa i dietetycznego hedonizmu wpływa niekorzystnie na moje postępy... i co z tego, że sumiennie wykonuję treningi i co z tego, że mam mnóstwo motywacyjnych sexy ciuchów, w które teraz nie wejdzie moja zacelulitowana doooopa i legsy i co z tego, że teoretycznie jestem skazana na sukces... dieta to podstawa, dieta to 70% sukcesu, sport nie wystarczy, mogę się zażynać godzinami podczas makabrycznej dawki ruchawki, ale jeśli nie będę pilnowała diety rezultatów nie będzie!!! koniec. kropka!!! sic!!!


dlatego tutaj potrzeba jest zdecydowanej decyzji, która przerwie to plątanie się w kółko na mieliźnie i pozwoli mi pożeglować na moją rajską wyspę, na której będę prężyć wysportowane, jędrne ciało... a nie osiagnę tego bez dyscypliny i samokontroli... niby to takie proste, ale nie ukrywam, że nieraz naprawdę trudno jest zastosować teorię w praktyce...

ale osiągnę w tym mistrzostwo!!! nie poddam się swoim destrukcyjnym nawykom, które atakują z nienacka i sprowadzają na mnie lawinę nieprzyjemnych konsekwencji... przecież chcę żyć zdrowo, świadomie, chcę być z siebie dumna, że udaje mi się przezwyciężyć słabości i chcę być szczęśliwa, żyjąc zgodnie ze swoimi wyobrażeniami... więc dlaczego ciągle to marzenie sabotuję??? to bardzo ważne pytanie, a odpowiedź na nie jest po prostu śmieszna i tragiczna: pragnę zadowolenia z siebie, chcę prowadzić zdrowy styl życia a jednocześnie nie potrafię uwolnić się od złych nawyków tylko dlatego, że one dostarczają mi ulgi i natychmiastowego zaspokojenia, które jednak szybko mija, bo w konsekwencji do głosu dochodzi rozczarowanie, że zdradziłam po raz kolejny swoje ideały... jem, bo sprawia mi to natychmiastową frajdę, ale potem zostaję przygnieciona tonami wyrzutów i smutków, wracam więc na dobra drogę, ale potem znowu ulegam pokusie i znowu żrę, bo to jest przyjemne choć ostatecznie prowadzi do ogromnego bólu... to jest OBŁĘD!!!

moje ciało przybiera po każdym takim napadzie monstrualne kształty, brzuch jest mega wzdęty, jestem nalana i opuchnięta, a jeśli ataki kompulsywnego wchłaniania trwają dłużej niż tydzień opórcz objawów somatycznych dochodzą też jazdy psychiczne, takie jak obniżone samopoczucie, beznadzieja, utrata wiary w siebie, smutek, żal, rozpacz, rozczarowanie... bilans zysków i strat podczas ulegania słabościom jasno dowodzi, że nie warto żreć na potegę!!! zawsze wyląduję po czymś takim na dnie!!!

już samo opisanie tego błędnego koła jest dla mnie wspaniałą formą autoterapii, ponieważ nieustannie jestem "atakowana" kuszącymi i do napadów nawołującymi myślami.... na razie nie reaguję na nie, przypatruję się sobie i tym myślom i pozwalam im na powolne zanikanie, które pojawia się po czasie... warto więc nie ulegać impulsom i przeczekać, warto nie reagować tylko obserwować!!!....

a uświadomienie sobie, że utrata samokontroli w konsekwencji będzie dla mnie większym bólem aniżeli ten, który odczuwam podczas niereagowania na kusicielskie wizje pysznego, beztroskiego pałaszowania bez umiaru, pomaga mi w przezwyciężeniu mojego przeklętego problemu. tym razem mi się uda !!! wszystkie wcześniejsze porażki i cała suma moich upadków dają mi teraz siłę do tego, żeby przeciwstawić się złym nawykom i zacząć kreować siebie od nowa, jako silną, mądrą i świadomą swojej wartości osobę, nigdy się niepoddającą!!!

zbyt długo już się tak miotam, już jestem tym zmęczona, mam 34 lata, najwyższy czas na konkretne zmiany!!!dlatego muszę podjąć ostateczną, rozstrzygającą decyzję, żebym mogła widzieć jakieś postępy...

to już 6,5 tygodnia P90X a u mnie żadnych wizualnych zmian... mam tu na myśli głównie nogi, bo to ich wygląd i forma spędza mi sen z powiek będąc moim największym koszmarem wszechczasów... i wszystko to jest winą tych niby niepozornych, a jednak rozstrajających organizm dni żarłoka....

nadszedł więc czas na podjęcie jasnej, konkretnej decyzji!!! tym razem krótkoterminowej, coby nie porywać się na jakieś większe akcje, bo one zawsze kończyły sie u mnie niepowodzeniem... niech na początek moja decyzja zostanie wciśnięta w ramy czasowe, tak będzie łatwiej. a więc:

oświadczam stanowczo, że do końca I rundy P90X, która potrwa jeszcze 6,5 tygodnia pilnuję diety wzorowo i nie dopuszczam żadnych wpadek w postaci czekoladek, hurtowych napadów na szafki kuchenne i lodówkę!!!!!!! i wsio. amen. niech tak będzie!!!!!!

straciłam już tyle czasu na bezproduktywne ćwiczenia, którymi mordowałam się na maXa, jednak ich efekty zażerałam syfami otłuszczając się ponownie... jak o tym pomyślę roztaczam nad sobą parasol współczucia i litości, tyle katuszy, tyle łez, bólu i potu... i po co to wszystko??? po to żeby utkwić w niezadowoleniu ze swojego ciała od stóp po uszy!!! {niee, no uszy to mam raczej spoks ;)}...

a na pocieszenie wklejam sobie piękne zdjęcie wysportowanej i solidnie umięśnionej kobietki, taka raczej być bym nie chciała, ale i tak wolę mięśnie od zatłuszczonego ciała...



ps. minęło kilka dni od napisania tego posta, kusicielskie podszepty atakowały i wciąż atakują  mnie z każdej strony wiele razy, ale udaje mi się trwać w postanowieniu, ponieważ wiem, że nagroda za wytrwanie będzie większa i ból dyscypliny tak naprawdę jest mniejszy niż ból żalu... przerobiłam to już tysiące razy, więc teraz łatwo się nie nabiorę na wizje wspaniałych uczt podniebienia, które kończyły się zawsze tym samym: rozczarowaniem, wyrzutami, żalem i brakiem szacunku do własnej osoby... nie chcę już tak żyć!!!

... a lektura tego posta jest dla mnie wspaniałym oparciem w chwilach zwątpienia, ponieważ "początkowo odstawienie narkotyku jest ciężkie – szczególnie jeśli nie możesz liczyć na bardzo głębokie i przenikliwe rozumienie albo dostateczne cierpienie. to wielka rzecz, jeśli się cierpiało. tylko wtedy masz naprawdę dość dotychczasowego życia. możesz wykorzystać cierpienie do tego, by położyć mu kres." {Antonny de Mello}... i ja tak właśnie zrobię :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz