sobota, 26 marca 2011

POWER is gooooooooone ...

trochę poobijana wstałam dziś rano: z zesztywniałym karkiem i bolącymi plecami, które są spadkiem po całotygodniowym kieracie w fabryce. jednak całkiem rzeźka i gotowa wyszykowałam się do biegania. dziś w planach miałam: 12 km, po to, żeby przekroczyć magiczną: STO PIĘĆDZIESIĄTKĘ kilometruuuuuuuuuf wyjoggingowanych w marcu. jak dla mnie, totalnej amatorki, całkiem miła dla oka cyferka, ale na tym nie zamierzam poprzestać, apetyt zawsze u mnie rośnie w miarę jedzenia, a że do końca miesiąca zostało jeszcze kilka dni, więc szykuję się dobić do 200km ;D. to już będzie dla mnie nielada wyczyn.

a dziś? dzisiejszy trening zapowiadał się całkiem przyjemnie, jednak okazał się dla mnie prawdziwą katorgą. nogi odmawiały posłuszeństwa i wlokły się spokojnym tempem zupełnie ignorując moje ambitne plany szybkiego wybiegania. cóż, nie zamierzam walczyć z własnym ciałem, ono najlepiej wie jak ma reagować na moje trenigowe zamysły i choć zawsze jest przyjemnie i egołechcąco biec w szybkim tempie, to dziś po prostu się nie dało. na dodatek w 40. min biegu głos zabrał mój żołądek, który dał o sobie znać na szczęście nie bólem, lecz dziwną ociężałością. w sytuacji komfortowej i w przypływie największej mocy nie czujemy zazwyczaj mniejszych lub większych dolegliwości, kiedy jednak takowe się pojawią, uświadamiamy sobie, że posiadamy pewne organy i części ciała, o których istnieniu zapominamy w ferworze całkowitego zdrowia.

dziś poczułam co znaczy mieć ciało, które buntuje się wobec narzuconej mu formy wysiłku. przypuszczam, że być może miało już dość całotygodniowej dawki ruchawki, miało dość wczorajszej, zbyt obfitej jak na kolacyję przystało, porcji makaronu i potem jeszcze solidnej bagietki razowej z masłem i czosnkiem.

uuuuuuuuuuuuuuuuuuuf, doczłapałam się jakoś do domu, ale trening ten nie miał w sobie nic z przyjemności biegania. zmuszałam się do tego, żeby nie przestawać biec, ponieważ wszystko w moim ciele odmawiało mi posłuszeństwa. całą tę 13. kilometrową drogę przez mękę pokonałam w 1:45 min... jaka ironia losu, tydzień temu w tym czasie przegoniłam 16,5 kilosów nie czując w ogóle zmęczenia... cóż, najwyższy czas podjąć rozsądną decyzję: jutro zero treningów!!!!! i choć ciężko będzie opanować chęć włożenia dresów to zamierzam wcielić się w rolę leniwca fotelowego i robić wielkie NIC!!! co wydaje mi się jednak trudne do wykonania, ponieważ wpadłam już chyba w uzależnienie od biegania, co mnie bardzo cieszy, ponieważ wolę taką formę nałogu od mojego nieszczęsnego kompulsowania, które jakoś tak dziwnie i samoistnie ucichło i gdzieś się zaczaiło, żeby zaatakować znienacka... a może zdechło nareszcie??? ;DDD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz