znowu dopadło mnie lenistwo totalne, kiedy to wszelkie postanowienia i decyzje a propo treningu odraczane są do granic możliwości... odrętwienie ogarniające mój umysł i ciało jest wygodną wymówką, żeby marnować czas na kanapie... skąd takie nichciejstwo??? dlaczego znów popadam w martwą bezproduktywność??? czyżby ten wyuczony stan ucieczki od odpowiedzialoności życia w sposób w jaki bym chciała ale mi się jednocześnie nie chce {lol, lol, lol, lol....} miał być moim prześladowcą na wieki??? i wszystko byłoby dobrze, gdybym w życiu nie zmarnowała w ten sposób 80% z mojej puli wolnego czasu, a to już zdecydowanie zbyt dużo, dlatego ciągle budzę się z karteczką przypietą do czoła pt."frustracja"...
czasami udaję, że jej nie zauważam, czasami o niej zapominam, ale jak tylko spojrzę w lustro uczucia niespełnienia i rozczarowanie odbijają się w tafli ze zwielokrotnioną siłą.
cóż, ładuję akumulatory pozytywnymi wibracjami i zabieram się do roboty pomimo braku motywacji, chęci i zwątpienia. to najlepsze wyjście z tego marazmu!!! oczywiście mam cichą nadzieję, że po wszystkim zapuka jednak do bram mojego umysłu błogie zadowolenie z samej siebie i zaleją mnie strumienie endorfin, które emigrowały gdzieś do bardziej extremalnych typów, które sobie na to zasłużyły ;)
ps. wystękałam nareszcie ledwo co i bez większego entuzjazmu setki pompek {damskich} i hantle na tricepsy, potem dobiłam się brzuszkami {łącznie 550kcal spalonych}, ale na aeroby pomimo cudownej pogody za oknem nie miałam w ogóle natchnienia, choć usilnie próbowałam się jednak nastroić, to ostatecznie wybrałam ugniatanie, masowanie, maltretowanie ciała, cobym kiedyś jakoś w końcu normalnie wyglądała. na koniec wcieranie oleju kokosowego i jako wielkie bounty paradowałam w stroju Ewy po mieszkaniu, co jest ponoć dobroczynne dla skóry w wyniku jej kontaktu z tlenem, tak przynajmniej pisze Tombak.
a teraz smęty, które mnie nieustannie prześladują i nie mogę się z nimi uporać: otóż zastanawiam się wiecznie dlaczego zmiany są takie trudne do wprowadzenia i dlaczego nie mam za grosz determinacji pomimo chęci? sprawy mają się następująco: ćwiczę nieraz jak szalona {ale bez przesady} diety jednak nie trzymam, bo pozwalam sobie na megakaloryczne bomby jak wczorajsza 200gr przepyszna czekolada z orzechami albo bagietka z solidną porcją masła, a dziś 200 gr nerkowców, które uwielbiam {1200kcal}... jednak nie tyję od tego, bo spalam systematycznie, ale też nie chudnę, co muszę w końcu jednak zainicjować, bo zbliża się lato a ja nie zamierzam paradować ze swoją odwieczną słoniną na nogach!!!
czasami udaję, że jej nie zauważam, czasami o niej zapominam, ale jak tylko spojrzę w lustro uczucia niespełnienia i rozczarowanie odbijają się w tafli ze zwielokrotnioną siłą.
cóż, ładuję akumulatory pozytywnymi wibracjami i zabieram się do roboty pomimo braku motywacji, chęci i zwątpienia. to najlepsze wyjście z tego marazmu!!! oczywiście mam cichą nadzieję, że po wszystkim zapuka jednak do bram mojego umysłu błogie zadowolenie z samej siebie i zaleją mnie strumienie endorfin, które emigrowały gdzieś do bardziej extremalnych typów, które sobie na to zasłużyły ;)
ps. wystękałam nareszcie ledwo co i bez większego entuzjazmu setki pompek {damskich} i hantle na tricepsy, potem dobiłam się brzuszkami {łącznie 550kcal spalonych}, ale na aeroby pomimo cudownej pogody za oknem nie miałam w ogóle natchnienia, choć usilnie próbowałam się jednak nastroić, to ostatecznie wybrałam ugniatanie, masowanie, maltretowanie ciała, cobym kiedyś jakoś w końcu normalnie wyglądała. na koniec wcieranie oleju kokosowego i jako wielkie bounty paradowałam w stroju Ewy po mieszkaniu, co jest ponoć dobroczynne dla skóry w wyniku jej kontaktu z tlenem, tak przynajmniej pisze Tombak.
a teraz smęty, które mnie nieustannie prześladują i nie mogę się z nimi uporać: otóż zastanawiam się wiecznie dlaczego zmiany są takie trudne do wprowadzenia i dlaczego nie mam za grosz determinacji pomimo chęci? sprawy mają się następująco: ćwiczę nieraz jak szalona {ale bez przesady} diety jednak nie trzymam, bo pozwalam sobie na megakaloryczne bomby jak wczorajsza 200gr przepyszna czekolada z orzechami albo bagietka z solidną porcją masła, a dziś 200 gr nerkowców, które uwielbiam {1200kcal}... jednak nie tyję od tego, bo spalam systematycznie, ale też nie chudnę, co muszę w końcu jednak zainicjować, bo zbliża się lato a ja nie zamierzam paradować ze swoją odwieczną słoniną na nogach!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz